wtorek, 25 października 2016

Alpy cz VIII. Bellinzona, Como, Cortina d'Amppezzo, Dolomity.

Opuściliśmy Zermatt. Auto stało tam gdzie je zostawiliśmy. Przed nami było 250 km do następnego noclegu. Planowaliśmy kilka postojów, a droga sama w sobie była niesamowicie malownicza.



Bellinzona. Stolica włoskojęzycznego kantonu Ticino. Ładne, położone na wzgórzach miasto, w którym znajdują się średniowieczne warownie. W 2000 roku dołączyło do listy UNESCO.











Choć pogoda nie była najlepsza, zjedzenie wielkiej porcji lodów, popitych dobrą kawą pod parasolem na rynku było czystą przyjemnością.


Po raz kolejny przekroczenie granicy było podobne do przejechania obok budki z niedobrymi hot dogami. Lekko zwolniliśmy. Nikt nas nie zatrzymywał. Do Como dojechaliśmy dość późno. Apartament mieścił się na paterze wysokiej kamienicy. Nad kuchnią i łazienką podwieszono antresolę z częścią sypialną. Klimatyczna miejscówka. Po rozpakowaniu poszliśmy na spacer, żeby kupić więcej żółtego sera, owoców i wypić piwo w parku nad brzegiem Jeziora Como.


Następnego poranka po pysznym śniadaniu zwiedziliśmy miasto w świetle dziennym. Położone dookoła wzgórza świadczyły o tym, że gdzieś niedaleko znajdują się Alpy włoskie - Dolomity. I własnie one były naszym głównym celem tego dnia.




Cortina d'Ampezzo nazywana jest "Królową włoskich Dolomitów" gdyż znajduje się w samym sercu tych gór. W 1956 odbyła się tu Olimpiada zimowa. Choć skocznia narciarska ma więcej dziur niż Adam Małysz medali to Cortina nadal jest wspaniałym ośrodkiem narciarskim, a w lecie dobrą bazą wypadową na piesze wędrówki.




Po spacerze i zjedzeniu włoskiej pizzy ruszyliśmy dalej. Widoki po drodze były niesamowite. Niestety gonił nas czas. Jeśli chcieliśmy przed północą dotrzeć do następnego hotelu nie mogliśmy zatrzymywać się przy każdej ładnej górze. W Dolomity na pewno jeszcze kiedyś wrócimy... może na zimowe szusowanie?






sobota, 22 października 2016

Alpy cz VII. O kurcze!

Tata obudził nas o 6 rano. Jest! Jest!


Oto i Matterhorn!



Poranne niebo zmieniało się co pięć minut, inne chmury okrywały szczyt. Mimo chłodu trudno było opuścić balkon i odłożyć aparat. Toteż robinie śniadania przebiegało z przeszkodami. 


Z niecierpliwością patrzyłam na zegarek. 8:30, 8:45, 8:55. Ok dzwonię. "Czy dzisiaj jest jakaś szansa?" "Nie wiadomo jak to będzie za godzinę, ale proszę przyjść o 9:40". Podałam tylko swoje imię. To jeszcze do niczego nie zobowiązuję. Zawsze można się wycofać, jeśli uznamy, że to nie ma sensu.


Spakowaliśmy manatki, zwieźliśmy je do recepcji i poszliśmy. Choć przez chwilę się przejaśniło  z czasem coraz więcej chmur zaczęło gromadzić się wokół szczytu, a według prognozy od 11 miało zacząć padać.


Kiedy doszliśmy na miejsce nadal byliśmy pełni obaw. Nie wiadomo jak to się stało, ale kiedy jeden z pracowników na małej mapce pokazał nam trasę, bez zastanowienia kupiliśmy bilety. Po 10 minutach siedzieliśmy na pokładzie helikoptera gotowi (ja chciałam w pewnym momencie uciec) na przelot nad Alpami.


...i polecieliśmy...






Kiedy leci się stabilnie na jednym poziomie można sobie wyobrazić, że siedzi się w samolocie. Ktoś kto jak ja cierpi na lęk wysokości wmawia sobie, że nawet jeśli stracimy silniki doświadczenie pilota i siła nośna szerokich skrzydeł pozwolą nam w miarę bezpiecznie wylądować. Jednak kiedy zbliżasz się na kilkadziesiąt metrów do górskich szczytów albo nagle przechylasz się o 90 stopni w bok, z siłą pioruna dociera do Cibie, że jeśli jakiś zagubiony ptak wplącze się między skrzydła to nie ma już ratunku... innymi słowy: miałam kilka małych ataków paniki. I po co mi były te wszystkie gry, w których siły wroga z taką łatwością zestrzeliwały śmigłowce?
















Helikopter wpinał się czasami wzdłuż stoku i kiedy dolatywał do szczytu nagle mieliśmy pod sobą, zamiast kilkunastu, tysiąc metrów przestrzeni. Ja wiem, że gdyby się nad tym zastanowić to nie ma znaczenia z ilu metrów spadasz bo koniec końców i tak nie przeżyjesz, ale z jakiegoś powodu widząc tak ogromną otchłań pod sobą włosy na rękach stawały mi dęba.



Na dole nasz nocleg.




Kiedy jednak już dotknęłam stopą ziemi nie miałam wątpliwości, że to była fantastyczna decyzja i było warto poczuć serce w gardle, duszę na ramieniu i żołądek wywrócony na lewą stronę. Długo nie mogliśmy otrząsnąć się z emocji, a było dopiero po 10 rano i jeszcze cały dzień mieliśmy przed sobą.