Opuściliśmy Zermatt. Auto stało tam gdzie je zostawiliśmy. Przed nami było 250 km do następnego noclegu. Planowaliśmy kilka postojów, a droga sama w sobie była niesamowicie malownicza.
Bellinzona. Stolica włoskojęzycznego kantonu Ticino. Ładne, położone na wzgórzach miasto, w którym znajdują się średniowieczne warownie. W 2000 roku dołączyło do listy UNESCO.
Choć pogoda nie była najlepsza, zjedzenie wielkiej porcji lodów, popitych dobrą kawą pod parasolem na rynku było czystą przyjemnością.
Po raz kolejny przekroczenie granicy było podobne do przejechania obok budki z niedobrymi hot dogami. Lekko zwolniliśmy. Nikt nas nie zatrzymywał. Do Como dojechaliśmy dość późno. Apartament mieścił się na paterze wysokiej kamienicy. Nad kuchnią i łazienką podwieszono antresolę z częścią sypialną. Klimatyczna miejscówka. Po rozpakowaniu poszliśmy na spacer, żeby kupić więcej żółtego sera, owoców i wypić piwo w parku nad brzegiem Jeziora Como.
Następnego poranka po pysznym śniadaniu zwiedziliśmy miasto w świetle dziennym. Położone dookoła wzgórza świadczyły o tym, że gdzieś niedaleko znajdują się Alpy włoskie - Dolomity. I własnie one były naszym głównym celem tego dnia.
Cortina d'Ampezzo nazywana jest "Królową włoskich Dolomitów" gdyż znajduje się w samym sercu tych gór. W 1956 odbyła się tu Olimpiada zimowa. Choć skocznia narciarska ma więcej dziur niż Adam Małysz medali to Cortina nadal jest wspaniałym ośrodkiem narciarskim, a w lecie dobrą bazą wypadową na piesze wędrówki.
Po spacerze i zjedzeniu włoskiej pizzy ruszyliśmy dalej. Widoki po drodze były niesamowite. Niestety gonił nas czas. Jeśli chcieliśmy przed północą dotrzeć do następnego hotelu nie mogliśmy zatrzymywać się przy każdej ładnej górze. W Dolomity na pewno jeszcze kiedyś wrócimy... może na zimowe szusowanie?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz