poniedziałek, 10 października 2016

Alpy cz V. Chamonix i Sion.

Obudziliśmy się we Francji. Zjechaliśmy windą na parter i  złapaliśmy tace, żeby nałożyć sobie śniadanie.  Lekko zdziwiliśmy się kiedy na ekspresie obok napisu "hot water" zobaczyliśmy żółtą, samoprzylepną karteczkę "gorąca woda", a obok long coffee napis "długa kawa". Po chwili okrążyła nas wycieczka Polaków. Nasi są wszędzie. Zwłaszcza tam gdzie można dostać długą kawę. 


Zaczęliśmy od Chamonix - narciarsko-turystycznego kurortu położonego u podnóży Mont Blanc. Na widok oświetlonego słońcem języka lodu, który chyłkiem wkradał się w dolinę, zmroziło nas z zachwytu. Cytując Sylwię: "(widok) zabił Wodospady Renu".




Pewnie kręcono tam wiele filmów skoro szkic ekipy filmowej na stałe wpisał się w krajobraz głównego rynku.



Na deptaku usiedliśmy na chwilę, żeby spróbować lokalnych piwek.


Sylwia ma w zwyczaju spalanie sobie skóry głowy, co bywa bolesne. Od kiedy przekonaliśmy się jak mocno grzeje alpejskie słońce, rozpoczęły się poszukiwania odpowiedniego okrycia. Udało się w Chamonix. Adam nazwałby to "czapeczką życia".


Zastanawialiśmy się nad wjazdem kolejką na imponująco wysoki szczyt, z którego niewątpliwie rozpościerał się piękny widok, ale cena skutecznie nas zniechęciła.


Zgłodnieliśmy. Po wyjeździe z miasteczka, w malowniczej dolinie znaleźliśmy miejsce parkingowe z widokiem na piękne góry, gdzie ze smakiem zjedliśmy polskie kabanosy i przygotowane przez mamę kanapki z domowej roboty dżemem malinowym.



Konstrukcje antylawinowe

ZS

Sion...



...miasto z dwoma wzgórzami, na których piętrzą się mury zamków. Stoją tak sobie na przeciw siebie i każdy opowiada inną historię. 
Długo nie mogliśmy znaleźć miejsca parkingowego. Kiedy się w końcu udało, po podejściu do parkomatu okazało się, że nie można tam zostać dłużej niż godzinę. Mieliśmy nadzieję, że to starczy. Niestety, gdy stanęlismy na placu, z którego prowadziły strome ścieżki do zamków wiedzieliśmy, że nie damy rady. Sylwia zaoferowała się, że wróci i dopłaci za parking, mama ze względu na swoje nogi postanowiła usiąść przy małym barze na świeżym powietrzu, a my z tatą weszliśmy najpierw na jedną, a potem na drugą górę.


Fortyfikacja otaczająca Bazylikę de Valere







Zamek Tourbillon







Kupiliśmy na drogę sery, bagietki, winogrona i białe wino. Kierunek Tasch. Mała wioska pełna... parkingów. To ostatnie miejsce gdzie można zostawić auto, jeśli chce się dostać do pozbawionego ruchu spalinowego Zermattu. Mieliśmy tam spędzić dwie noce i już poprzedniego wieczora przepakowywaliśmy się tak, żeby wziąć ze sobą jak najmniej bagaży. Kiedy dojechaliśmy na parking okazało się, że mamy 10 minut do odjazdu pociągu, a trzeba było jeszcze kupić bilety. Zdążyliśmy, ale w pośpiechu zabraliśmy część rzeczy, która miała zostać. W Zermattcie ustawiliśmy google map, żeby doprowadziło nas do naszego noclegu. Mocno zdziwiliśmy się kiedy w momencie usłyszenia "miejsce docelowe jest po twojej lewej stronie" stanęliśmy na przeciwko drzwi prowadzących do wąskiego tunelu. Szyld i nazwa się zgadzały. 100-metrowy tunel zaprowadził nas do wind, a nimi po dość sporym czasie dojechaliśmy do parteru naszego noclegu, gdzie mieściła się recepcja.

ZT

Zostawiliśmy manatki, zwiedziliśmy nasz apartament i poszliśmy uczcić kolejny etap wycieczki piwem.

ZT

Po powrocie gorąca linia: Szwajcaria - Brazylia. Natalia, Adam, Emilka i Kajtek po pierwszym tygodniu swojej podróży po Ameryce Południowej :)

ZT


2 komentarze:

  1. Jak zwykle super zdjęcia, relacja i klimat wyjazdu. Fajnie się czyta i ogląda.
    Taki wpis to najlepsza pamiątka :-)

    OdpowiedzUsuń