Jako, że ostatnio nasze życie ogranicza się do siedzenia w domu i nauki - z przerwami na grę w playa, postanowiłyśmy trochę wyjść do ludzi i odwiedzić pobliski pub.
Żeby trochę się ośmielić i otworzyć na tubylców, po drodze, na zielonej
górce z widokiem na zachodzące słońce nad Dublinem, wypiłyśmy piwko.
W
pubie panowała iście rodzinna atmosfera, więc wchodząc poczułyśmy się
trochę nieswojo. Rozmowy jakby ucichły, a ze wszystkich stron czułyśmy
na sobie ukradkowe spojrzenia.
Poszłam kupić Guinnessa coby za bardzo nie odstawać od reszty no i się
zaczęło... popełniłam największe świętokradztwo w tym kraju. Zabrałam
piwo z lady po pierwszym nalaniu! Barman krzyknął, wszyscy zaczęli się
burzyć, no bo jak tak można? Guinnessa leje się na dwa razy, czeka się
aż opadnie piana i dopiero po 2 minutach dolewa. Następnie znowu się
czeka, aż cała szklanka - pinta - zrobi się czarna i dopiero pije!
Po tej lekcji i jej praktycznym zastosowaniu zrobiono nam zdjęcie z naszą pierwsza dobrze wypitą pintą. Dowiedziałyśmy się, że polska kuchnia jest najlepsza na świecie, że mój angielski jest bardzo dobry (Sylwia się nie chciała odzywać - chyba za mało wypiła) i że mamy przychodzić jak najczęściej.

Dobre! Tych co na Was najgłośniej krzyczeli zaproście w ramach zemsty do Polski na Wigilię i zafundujcie im krwawy ochrzan, jeśli zaczną wcinać zupę rybną przed podzieleniem się opłatkiem ;-) Cieszymy się że przełamujecie lody międzykulturowe - alkohol przyjacielem wszelakiej integracji! Buziaki z mroczno-burzowej Lodowej. N&A
OdpowiedzUsuń